poniedziałek, 11 maja 2015

Jak to się zaczęło [ PROLOG]

Zapewne prawie każdy z was wyobrażał siebie podczas apokalipsy, jako dzielnego, uzbrojonego stalkera, który wybija wszystkich swoich wrogów w pień i jest bogaty. Jednakże, to tylko marzenia. Sam kiedyś takie miałem, na dzień dzisiejszy, nawet o tym nie mam co marzyć, bo i tak wiem, że na nich sie skończy. Ale zacząłem odbiegać od tematu, o którym ma być ta opowieść, a dokładniej dziennik. Niestety, nie każdy żyje wiecznie, więc póki mam siłę, chce opisać swoją historie, może kiedyś ktoś ją odnajdzie i dzięki temu, uda się naprawić dotychczasowy świat.
   Ale przechodząc do początku, mam na imię Adam, jest rok 2020, mam obecnie 20 lat i więcej razy tańczyłem ze śmiercią, niż ktokolwiek inny. Cała historia zaczęła się w grudniu, 2015 roku. Wszyscy ludzie obchodzili święta, zjeżdżali się do rodziny, zapraszali znajomych itd., wszyscy oprócz naszego przyjaciela na wschodzie. Akurat w dzień świąt, 24 grudnia, Putin podjął kontrowersyjną decyzję, czyli podjął atak bombami biologicznymi na Polskę. Na początku zrzucono jedną w okolicach Warszawy, a drugą w okolicach Gdańska. Chyba nie muszę mówić, że rozpętała się wojna, gdzie najbardziej ucierpieli nie Amerykanie, którzy odpowiedzieli bomami wszelakiej maści, nie Rosjanie, którzy to wszystko zaczęli, tylko my. Tak nasza Polska, dzięki temu została doszczętnie zniszczona poprzez wojnę oraz bomby biologiczne. Pierwsze 8 mies., po rozpoczęciu wojny spędziłem razem z najbliższą rodziną (tatą, mamą i siostrą), oraz moją dziewczyną Weroniką w schronie. Nie panowały tam najlepsze warunki, było ciepło, duszno, trudno się oddychało, nie mieliśmy nieskończonych zapasów wody i jedzenia, nie było prysznica, ani nawet normalnego kibla. Jednak woleliśmy to, niż to co się dzieje na zewnątrz. Po upływie 8 mies, skończyły się zapasy, więc zabraliśmy wszystko co mieliśmy i wyszliśmy. Widok nie był zadowalający, wszędzie szaro, ponuro i pusto. Co jakiś czas było słychać gdzieś jakiś krzyk, jęk, albo strzał. Nie wiedzieliśmy gdzie mamy iść, więc szliśmy po prostu przed siebie. Po 2 tygodniach wędrówki, znaleźliśmy patrol wojskowych, którzy na początku przywitali nas celując w nas bronią. Kazali nam wyrzucić wszystko co mamy, oraz zapytali się co my tu robimy, oraz jak tyle przeżyliśmy. Opowiedzieliśmy im całą historię, którą w skrócie przekazał przez radio jeden z żołnierzy. Osobiście do dzisiaj czuję szacunek na widok żołnierza odzianego w Polski mundur, kamizelkę z Polskimi flagami, hełm, oraz Berylem w ręce. Żołnierze zaprowadzili nas do jakiegoś obozu, jednak mieliśmy ultimatum. Jak chcemy zostać przynajmniej jedno z nas musi pomagać wojskowym. Znałem mojego ojca i wiedziałem, że on by się dla nas tak poświęcił, jednak nie mogłem do tego dopuścić. Bez wahania zgłosiłem się i poprosiłem o udzielenie dalszych informacji. Na początku nie było tak źle, pierwsze dwa miesiące to były szkolenia i zapoznawanie się z terenem, działaniami, moim oddziałem oraz wyposażeniem jakim dysponowaliśmy. Ze względu na moją celność, zostałem przydzielony do oddziału snajpersko-zwiadowczego, jako snajper. Kolejne 2 miesiące spędziłem na szkoleniach dot. strzelania z karabinu snajperskiego, skradania się, kamuflażu, oraz wytrzymania w ciężkich warunkach. Pierwsza moja misja, zapowiadała się prosto, wojsko miało iść na spotkanie z grupą bandytów, którzy "podobno" posiadali potrzebne zapasy. Moim zadaniem, oraz mojego towarzysza - Jakuba, było ich obserwowanie. Patrząc na Jakuba od razu zobaczylibyście kogoś, kto dużo przeżył podczas tej wojny i którego nic nie złamie. Był wysoki, dobrze zbudowany i silny, jak dobrze pamiętam miał około 30 lat, więc miał również spore doświadczenie. Jego twarz zawsze wyglądała straszliwie poważnie, odkąd go znam, jeszcze ani razu sie nie śmiał w mojej obecności. Razem z Jakubem usadowiliśmy się na lekko zniszczonym, wysokim silosie obok miejsca spotkania. Miejsce było idealne, nikt nas z tą nie widział, a widoczny był cały obszar. Bacznie obserwowałem bandytów, oraz ich nagłe ruchu. W pewnym momencie, w oddali w krzakach, zobaczyłem coś dziwnego - błysk. Nie umiałem dokładnie określić co to jest, jednakże wyglądało to niewątpliwie jak odbicie światła od lunety. Próbowałem przyjrzeć się temu dokładnie, jednak nie zobaczyłem nic, poza błyskiem wewnątrz bardzo gęstego krzaka. Natychmiast powiedziałem o tym Jakubowi, który potwierdził moje przypuszczenia, iż był to błysk lunety. Mój wysoki, czarnowłosy przyjaciel natychmiast poinformował o tym na radiu, po czym dostaliśmy rozkaz obserwowania tego, w przypadku, kiedy uznamy, że jest to zagrożenie, dla naszych ludzi - strzelać. Wykonaliśmy rozkaz, wyzerowałem lunetę, tak żeby strzał pad idealnie w miejsce gdzie przypuszczalnie siedział strzelec. Minuty się dłużyły, czekałem na jakiś ruch, jakąś reakcję, Nagle zobaczyłem, że błysk zniknął i wtedy dostrzegłem sylwetkę mężczyzny. Był ubrany w jakiś czarny płaszcz i dzierżył w ręce karabin snajperski SWD. Po krótkiej chwili strzelec podniósł broń w stronę naszego oddziału. Byłem pewien, że snajper chcę oddać strzał, gdy jeden z nich odwrócił się i kiwnął głową. Powiedziałem Jakubowi, że strzelam, on nadał to na radiu i w tym momencie padł strzał. Kula trafiła idealnie w klatkę piersiową snajpera, a w miejscu spotkania rozpoczęła się ostra strzelanina. Nie wiedziałem co sie dzieje, huk broni był tak głośny, że chwilowo słyszałem tylko głośny pisk w uszach. Popatrzałem w dół, dwóch naszych z siedmiu leżało na ziemi, sytuacja bandytów była o wiele gorsza, zauważyłem pięć trupów na ziemi, a jak dobrze pamiętam, bandytów było tylko sześciu. Słuch zaczął mi wracać, a Jakub poklepał mnie po ramieniu mówiąc: dobra robota młody. W tym momencie uśmiechnąłem się i mogłem sobie pogratulować dobrze wykonanej roboty. Szkoda, że to była jedyna misja, która poszła tak gładko....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz